Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/246

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Łabędzie zapatrywały się na rzecz inaczej.
— Właściwie nie można jej nic zarzucić, ale zachowuje się niewłaściwie!
Zmęczona Mjewa usiadła na wodzie, a tuż przypłynął do niej piękny nurek i rzekł:
Co pani wyrabia? Oddawna już panią obserwuję, ale zupełnie nie rozumiem. Dziś, proszę pani, cała zatoka o pani tylko mówi! Bo niby w tern oświetleniu puszczać się tak bezceremonjalnie na wiatr i na chmury, to — nawet z powagą pani nie licuje! Pani ma swą sławę kulturalnej egzaltowanej starej panny a zachowuje się pani jak podlotek. Tego zresztą za złe pani mieć nie mogę, bo trudno, żeby ptak, który nie jest nurkiem, nie podlatywał, tyle tylko mogę pani powiedzieć, że to wszystko pani uwłacza.
— Główka pod wodę! Główka pod wodę, szanowny panie! — rzuciła Mjewa.
— Główka pod wodę!
Był to okrzyk, którym wszelkie ptactwo prześladowało nurka.
Ja przecież nie miałem nic złego na myśli! — tłumaczył się nurek, który istotnie był nieśmiały i przy każdej sposobności uciekał pod wodę.
A ja panu coś powiem! Zakochana jestem, widzi pan, w królu!
— Ja pani wcale nie rozumiem!