Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


co żyło: rybacy, foki, morszwiny, wszystkie gatunki mew — a powtarzam, jest ich na naszem morzu przeszło dwadzieścia! — dalej kaczki i wszelkie inne ptactwo, arystokratyczne jedynie łabędzie wyjąwszy. Gorzej na szprotach wychodziły kaczki — ptaki łakome, żarłoczne i głupie, a przytem leniwe. Jak tylko zauważyły, że kilka centnarów szprotów ulgnęło w mancach, płynęły do tych sieci, jak do bezpłatnych restauracyj, o których, widać, im się roiło. Jeść — jadły, przyczem jednak wsadzały swe głupie głowy w oczka sieci i tam się dusiły. A potem przychodził rybak, wielce się dziwił, i skrobiąc się w buksy albo w zydwestkę, myślał, jak to może być, aby zamiast szprotów byty w sejcach kaczki. Pomyślawszy jednak, że kaczka ma puch i jest jadalna. zażywał tabaki, brat mance z kaczkami do domu walił kaczki na wóz, wyjeżdżał do którejś z sąsiednich wiosek i kaczuchny sprzedawał ludziom, którzy albo je solili, albo jadali na świeżo. I tak kaczęta, które chciały się napapać szprotów, niespodzianie dostały się do miski człowieka. Ale taki jest właśnie wzorowy porządek świata.
Mjewie nic podobnego się nie zdarzyło, dlatego, że była sama. W towarzystwie zawsze można wlecieć w jakąś awanturę. Jak się żyje samotnie, ma się spokój. O tę tam jakąś.