Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/236

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


odrobinę strawy nie jest tak trudno, zjeść zawsze się coś zje, zwłaszcza w Polsce, gdzie, aby umrzeć z głodu, trzeba się istotnie wysilić. Więc Mjewie w samotnem życiu nie działo się źle, nikt przeciw niej nie intrygował, nikt nie prosił jej na żadne zabawy, któreby się skończyły bójkami i awanturami, wogóle żyła sobie spokojnie, jak przyzwoita, umiarkowana w swych pragnieniach dama, posiadająca rentę, drobną zresztą, lecz wystarczającą na utrzymanie.
Ponieważ była biała, nikt się nie domyślał, że nosi po swych siostrach, okrutnie zamordowanych, głęboką żałobę. Zresztą — któżby w tym świecie zwierząt posądzał kogoś o uczuciowość? Tam jest romantyzm walki, wielka trzeźvość, niesłychanie szybka orjentacja, szybki ruch i bezustanna praca. o umarłych nikt nie myśli.
Mjewa też nie myślała — ale była sama. Żyła w powszedniości swych dni, z głuchoniemą tęsknotą w silnie bijącem sercu. W towarzystwie uważano ją za dziwaczkę. Prowadziła się przyzwoicie, ale często popełniała szaleństwa. Naprzykład przez jakiś czas miała manję latania za torpedowcami.
— Jakto? — powiecie. — Czyż ptaki, tak bezrozumne jak mewy, znają się na statkach, skoro w Polsce człowiek inteligentny nie odróżni torpedowca od zwykłej zjugi?