Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


strony, gdzie może rany jej zabliźniłyby się, ona jednak nie chciała opuszczać rodzinnego morza, z którem wiązało ją tak wspomnienie szczęśliwej młodości jak i bólu, jej serduszku zadanego. Widywano ją nieraz, gdy krążyła dokoła cichego portu w Pucku, widywano ją jak iskrę srebrną, przelatującą nad wodami nowego portu w Gdyni, rozbrzmiewającej potężną, dźwięczną pieśnią pracy. Widywano ją na tle czarnych, skłębionych chmur, które swym zimnym tchem pędziła ku południu sroga norda, widywano ją kąpiącą się w lazurze niebios promienistych. Gdy wiał wiatr zachodni, chroniła się przed nim za lesistemi wydmami nad Bałtykiem. Gdy zrywał się do biegu ost, krew w żyłach mrożący, lub gdy podawszy rękę nordzie w sukni z paciorków lodowatych zszytej, zaczynał tańczyć z nią razem na siwych falach, Mjewa, wielkim głosem krzycząc, przelatywała nad lasem, nad półwyspem, nad czerwonemi dachami domków rybackich i chroniła się na cichem wówczas, grząskiem, torfiastem wybrzeżu Mulmjerza, gdzie karmiła się odpadkami, wyrzucanemi z wędzarń, pięknie pachnących rybą, lecz kurzących pod niebiosa dymem.
Bywały wielkie tany, tany wspaniałe, połączone z ucztą, gdy na morzu pojawiały się ławice śledzików lub szprotów. Wtedy hulało,