Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/233

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


hymn, łódź zwróciła się ku nim lewym hurtem, który bryznął w ich stronę ogniem i śrutem.
Koło taneczne rozwiało się, mewy przerażone chlasnęły skrzydłami, jakgdyby się chciały zerwać do lotu, ale uciekła jedna tylko. Trzy białe, niewinne baletniczki zostały na wodzie skrwawione.
Rybacy podpłynęli ku nim, zabrali je na łódź i pojechali dalej.
Nie potrzebujemy mówić, że wiele maszoperyj mewich namawiało pozostałą siostrę, aby się do nich przyłączyła. Znano ją przecie, jako bardzo przyzwoitą, pracowitą, nie samolubną, a w pożyciu zgodliwą. Dziękowała uprzejmie, ale odmawiała, czego nie brano jej narazie za złe, rozumiejąc iż czas żałoby pragnie strawić w samotności. Gdy czas ten minął, a ona do żadnej maszoperji nie wstępowała, znaleźli się tacy, którzy zaczęli pomawiać ją o dumę. Jednakże większość mew, wrażliwych na nieszczęście bliźniego swego, nie podzielała tego zdania. Panowało powszechne przekonanie, iż Mjewa tak pogrążyła się w swojej żałości, że rozstać się z nią już nie może i ponad gwar radosny społecznego życia przekłada słodki smutek osamotnienia.
Tak więc Mjewa została sama.
Mogła była wprawdzie niejednokrotnie do brze wyjść zamąż i przenieść się w dalekie