Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w tych podłużnych — węgorze. Tuż stały kipy, pełne odpadków szprotowych. W poczekalni tłoczyli się ci, którzy wyjeżdżali na święta w odwiedziny do krewnych. Przed budynkiem stacyjnym kilku handlarzy ryb rozmawiało z rybakami w zydwestkach, skorzniach, skórzanych kaftanach lub ceratowych pelerynach na ramionach. Inni powychodzili na tor, patrząc w stronę Helu, skąd pociąg miał nadjechać. Niektórzy oczekiwali z Helu łososi, zamówionych dla „swoich państwa“ w Warszawie. Jeszcze inni przyszli z nałogu, z przyzwyczajenia, tak, jak w lecie w miejscach kąpielowych lub w letniskach wychodzi się na stację, aby widzieć kto przejeżdża. Oczywiście nie brakło też dwóch lorbasów z pod „Łososia“ .
Nadjechał pociąg. Zaczęła się krzątanina. Pośpiesznie ładowano skrzynki z rybami i kipy, a przez ten czas rybacy rozmawiali z Helanami, wypytując ich o nowiny. Żółto świeciły okna oświetlonych przedziałów, migały tuż przy ziemi latarki konduktorów, słychać było nawoływania i głośną rozmowę.
Poczta, załatwiwszy sprawy urzędowe, wrócił na swoje miejsce i stał opodal od tego wszystkiego, poważny i nieruchomy. Wicher szarpał jego płaszczem i garściami rzucał mu w twarz śnieg, zimno przenikało do szpiku kości. Ale poczta nie zwracał na to uwagi,