Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/180

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łososi zawieszano na hakach laskorny, wymagające naprawy, a dął tak silnie, że pozostałe na podłodze śmieci i kawałki papieru tańczyły i fruwały wesoło.
Nad ranem poczta wstał i nie zapalając światła, aby ojców nie budzić, ubrał się pociemku. Potem wyszedł.
Sztorm nordowy niósł na skrzydłach masy śniegu, którym ukośnie miotał przez półwysep. Było ciemno, a w dodatku śnieg oślepiał, wicher z nóg zbijał. Ale poczta nie dbał o to. Borykając się z burzą uparcie, dotarł do poczty, z przed której już ruszał wóz wysoko naładowany skrzynkami. Tam poczta odebrał korespondencję, włożył ją do torby i znowu kierował się ku stacji kolejowej. Szedł między domami w ciemnościach, to osłonięty od wichru, to znów chwiejący się i słaniający, gdy nade wiatr rzucił się na niego z którejś z bocznych uliczek. Ale na torze kolejowym było już trochę ciszej, bo tam las, porastający wydmy, osłaniał od nardy. Zato słychać tu było wyraźnie straszliwy ryk zburzonego morza i uderzenia fal o góry za strądem. Było przenikliwie zimno, a śnieg ciął twarz jak biczem.
Na stacji mimo wczesnej pory i niepogody panował żywy ruch. Między torami widać było spiętrzone stosy białych skrzynek. W tych, prawie kwadratowych, były szproty,