Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Po pewnym czasie wierzchem dłoni obtarł oczy, wstał, poprawił rzemienie torby na ramieniu i wolnym krokiem ruszył ku domowi.

O tem widzeniu nie opowiadał nikomu. W domu w milczeniu zjadł zupę wangorzową i smażonego wangorza, a potem poszedł na pocztę, gdzie pracował jak zwykle.
Potężna Anastazja była nań tego popołudnia łaskawa, ponieważ całem swem ogromnem a leniwem cielskiem cieszyła się na dni odpoczynku, podczas których rybackim zwyczajem poświęcała się intensywnemu spaniu, w przerwach zaś niemniej intensywnemu jedzeniu. Dusza jej śmiała się do poduszek i ogromnych mis solonej wieprzowiny z marchwią, gotowaną na rzadko. Już widziała, jak wieczorem siedzi w oberży, przyglądając się sennie grze w karty, na którą schodziło się codzień kilku najbliższych sąsiadów. Chciała, żeby i młody poczta wieczorem się w oberży pojawił, i nawet zaprosiła go na święta, jeśli zaproszeniem można nazwać rozkaz niechętnym, burkliwym głosem wydany.
Ale poczta nie odpowiedział nawet.
Koło Północy zerwał się straszny sztorm nordowy. Wicher wył, gwizdał w oknach i dmuchał przez wywiercone w ścianach dziury, u których przed nastaniem połowów