Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szek, pomarańcz i cukierków kołysały się u gałęzi drzewa kule ogniste, które pękały, rozrzucając dokoła kolorowe płomyki, a mimo tylu tych ogni, sprawiających, iż drzewko było niby krzak cudownie tęczą gorejący, gałęzie jego nietylko nie płonęły, lecz ukazał się na niem gęsty śnieg, brylantowo lśniący wśród ogni, tu szkarłatny, tam purpurowy, błękitny, złoty a migotliwy i pełen blasku tak silnego, że aż oczy raził.
W tej chwili w głębi lasu cudne głosy dziewczęce zaczęły śpiewać jakiś święty hymn.
Zachwycony poczta zdjął czapkę i ukląkł, zapatrzony w gorejące drzewko.
A wtedy ognie zaczęły się z sobą mieszać, kłębić, przenikać wzajemnie, aż wreszcie, zbiegłszy się razem, stopiły się w kształt serca, z którego u góry tryskał wielki płomień miłości. Z serca tego wyjrzała słodka, uśmiechnięta twarzyczka Dziecięcia.
A naraz drzewko zgasło i chór w głębi lasu ścichł.
Poczta zwrócił się w stronę wróżki. Nie było jej.
Mimo to długo jeszcze klęczał na ścieżce pod lasem, modląc się bez słów, całem sercem, gdy w duszy śpiewała mu cudny hymn pełna radości, tkliwa wdzięczność.