Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czało, czarne, ciężkie chmury zaciemniały niebo. Smutno zrobiło się na świecie. Dzień, bliźniaczo podobny do poprzedniego, ciągnął się w nieskończoność, ale gdy ktoś rzucił okiem wstecz poza siebie, spostrzegał ze zdumieniem, że dni mijają z niezmierną szybkością. Skończyły się węgorze, zaczęły się szproty, pomarenki wyjeżdżały na morze, wędzarnie dymiły, na biurku Anastazji znowu piętrzyły się stosy depesz, a do telefonu chrapliwemi głosami szczekali wędzarnicy, podczas gdy zakatarzony gramofon w oberży, charcząc, przygrywał tym, którzy popijali piwo, czekając na zamówiony telefon. W sionce znowu stał ogonek rybaków, a poczta ledwo mógł się przecisnąć między piramidami skrzynek.
Spadł śnieg.
Nadszedł adwent i ni stąd ni zowąd zaświtał dzień wigilijny.
Młody poczta bardzo lubił ten dzień. Nie dlatego, aby się po nim spodziewał czegoś dla siebie, nie! Starzy jego rodzice byli ubodzy, on sam pensję miał niewielką, najstarszy brat, żonaty, miał swój własny dom, średni był okrętnikiem na niemieckim sztimrze, więc o jakiejś uciesze w domu mowy być nie mogło. Cała uroczystość tego dnia polegała na tem, iż na obiad była wangorzowa zupa i wangorz smażony z bulwą, a na wieczór