Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


puszczonych włosach. Niby brylanty i srebrne hafty lśniły na tych zasłonach krople dżdżu i ornamenty ze szronu, jakim obsypały je drzewa, a tu i owdzie złocił się wśród kiru zwiędły liść brzozy. Szły, śpiewając pieśń pogrzebową, a jedna z nich niosła w rękach malutką trumienkę. Gdy ujrzały pocztę, zatrzymały się. On zaś, czapkę zdjąwszy, podszedł do nich i spytał grzecznie, z szacunkiem:
— Kogóż to chowacie, panienki?
Westchnęły smutno i odpowiedziały mu razem:
— Życie!
— Czyżby życie mogło się pomieścić w tak małej trumience? — zapytał zdziwiony poczta.
— A czyż serce twe jest większe od tej trumienki? — odrzekła panna, niosąca trumienkę.
— Cóż w niej niesiecie? — pytał dalej poczta.
Panienka otwarła wieko trumienki i pokazała mu ją.
Na błękitnym jedwabiu leżał tam zwiędły, żółty kwiat astra.
— Widzisz — idziemy pochować słońce!
I poszły dalej w las, śpiewając żałośnie.
Przyszły burze Wszystkich Świętych, wichry deptały półwysep, morze ryczało, hu-