Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/162

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


drzewa? Czemuż o tem uroczysku tyle mówi? Wszak oni znają je bardzo dobrze.
Poczta wahał się w myśli, ale w duszy nabierał coraz więcej odwagi. Postawił jeszcze jedną kolejkę. Oczy mu rozgorzały, gdy twarze dryblasów, nieme i niewzruszone, nie zdradzały nic prócz pochlebnej przymilności i ciekawości.
Wówczas poczta zaczął im opowiadać, co w uroczysku słyszał i widział. Słuchali go z wielkiem zajęciem, w milczeniu, przyglądając mu się uważnie, jemu zaś, gdy sobie przypomniał perliste, dźwięczne śmiechy w lesie, a później śpiew przecudny, dolatujący z za zasłony z mgły, twarz się rozjaśniła, na policzki wystąpiły rumieńce, a oczy świeciły mocnym blaskiem. Widział przed sobą uroczysko, gąszcz pni sosnowych, między niemi tu i owdzie brzózka biała, jak mniszka, i słyszał śpiew, do którego dusza mu się wyrywała. Ten śpiew był jakby mocną, jedwabną nicią czerwoną, która, omotawszy jego żywo bijące serce, wyciągała mu je z piersi przez gardło, ściśnięte kurczowo wzruszeniem.
Chłopcy słuchali go z wielkiem zaciekawieniem i jakby z lękiem. Uroczysko słynęło na całym półwyspie z nadnaturalnych zjawisk. Były to przeważnie straszydła, tym razem jednak okazywało się, że w uroczysku nie-