Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Oberżyście zwierzać się nie chciał, bo znał go jako człowieka nie wierzącego w żadne nadzwyczajne zjawiska, a przytem złośliwego. Więcej zaufania miał do siedzących w ponurem milczeniu koło niego dwóch lorbasów, którzy, choć nie mieli nic do roboty, siedzieli w ciepłej izbie, drzemiąc z otwartemi oczami, bezmyślnie, jak to tylko rybacy umieją.
Zamówił trzy konjaki i trzy piwa. Dryblasy ożywiły się natychmiast, i wypiwszy po kieliszku konjaku, spojrzały na niego wdzięcz nie i przymilnie, pewne, że ich do czegoś potrzebuje. Bo któżby im bez interesu stawiał wódkę, piwo i częstował papierosami?
Poczta zaczął opowiadać o uroczysku, koło którego codzień przechodził. Uroczysko to było wśród rybaków legendarne i zawsze wiele o niem mówiono. Poczta krążył w opowiadaniu swem dokoła tego miejsca, nie mogąc się zrazu zdobyć na odkrycie swych kart. Dryblasy słuchały z potakującym uśmiechem, kiwały głowami i milczały. Poczta kazał dać jeszcze trzy konjaki, a na zakąskę trzy piwa. Draby wypiły wdzięcznie i całe zmieniły się w słuch, w ciąż doszukując się w słowach swego towarzysza istoty rzeczy. Czy on tam bity jakie ukrył i teraz chce, żeby mu je nocą w tajemnicy zawieźli do domu? Czy może chce ukraść dwa, trzy sągi