Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jako rodowici synowie rybaków, znakomicie wyławiali z morza bity i to stanowiło ich największą wartość. Żyli z sobą jak bracia, byli dla wszystkich bardzo uprzejmi, ale, jak zwykle rybacy, ze wszystkich w głębi ducha drwili i każdego poza oczy wyśmiewali.
Poczta pił powoli piwo, siedząc w ciemnym kącie za stołem tuż przy szynkwasie. Obok niego siedziały dwa lorbasy. Przy piecu grzał się oberżysta, czyszcząc w zadumie brunatną wełnę owczą. Za szynkwasem zwijała się jego żona, tęga, przysadzista brunetka o miłej różowej twarzy.
Zapadał właśnie zmierzch. Ponieważ mała prywatna elektrownia zbudowana przez jednego z rybaków nie funkcjonowała, skutkiem tego wciąż ktoś przychodził po naftę. Raz po raz słychać było w sieni drobne kroki; stuk drewnianych korków, poczem drzwi uchylały się i do oberży wchodziła nieśmiało samych tylko pończochach dziewczynka, czasem dwie, a czasem nawet troje dzieci, które, trzymając się za rączki, trwożnie szły ku szynkwasowi i stawały przed nim w pełnem szacunku milczeniu. A oberżystka zgarniała pieniądze, wciąż nalewała naftę, a czadami dawała dzieciom na dodatek bonbony.
Poczta przyglądał się tej scenie, melancholijnie popijając psiwko, które mu jakoś nie smakowało. Chciał mówić, a nie miał z kim