Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tylko straszy, ale że można tam także usłyszeć i zobaczyć piękne cuda.
Poczta, zauważywszy wrażenie, jakie na nich zrobiło jego opowiadanie, kazał dać jeszcze jedną kolejkę. I tu zbłądził, bo teraz chłopcy, którzy wiedzieli doskonale, że w tym samym domu, gdzie jest poczta, mieści się oberża, nabrali przekonania, że towarzysz ich, podpiwszy sobie naprzód tam, przyszedł pod „Łososia“ aby tu ostatecznie już zaprószyć sobie głowę. Jako ludzie wszystko wiedzący, rozumieli, iż w obecności Anastazji zrobić tego nie śmiał. Byli pewni, że wszystkie te nadzwyczajne historje wylęgły się w jego nabrekowanej głowie. Kiedy poczta wyszedł, zaczęli go wyśmiewać naprzód sami, a potem z całą wioską, po której marzyciela obnieśli.
Poczta, nie wiedząc nic o tem, w dalszym ciągu oczekiwał jakichś nadzwyczajnych wydarzeń w uroczysku. Nie działo się jednak nic. Mijała zima, a uroczysko było wciąż jakby obumarłe. Poczta odwiedzał je czasem w nocy, zwłaszcza gdy księżyc pięknie świecił, bo spodziewał się, że w ciszy nocnej łatwiej może coś ujrzy i usłyszy. Postępował lekkomyślnie, bo uroczysko w nocy było nie bezpieczne, przynajmniej ludzie tak sobie o niem opowiadali. Mogło go tedy spotkać coś nieprzyjemnego. Ale on, człowiek zresztą słaby i bardzo wrażliwy, niczego się już tam