Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


a to w ten sposób, że kazał się zbierać kilku ludziom u któregoś z zamożniejszych rybaków i tam czytał im głośno, zwilżając czasem gardło słodkiem piwem słodowem. Ale napróżno chciał słuchaczy rozpłomienić entuzjazmem Sienkiewicza, lub choćby nawet serdeczną prostotą dzielnej Rodziewiczówny. Skończyło się na tem, że aby wogóle jakoś ludzi książkami zainteresować, jegomość czytał im rozmaite przygody Arsenjusza Lupina, tak barwnie i szczegółowo opisane przez poczciwego Leblanca, poety paryskich rzezimieszków i szantażystów. To rybaków zajmowało tak, że słuchali z otwartemi ustami, kręcąc z podziwem głowami, pełni uwielbienia dla genjalnych tricków złodziejskich.
Rozumie się, młody poczta również chętnie dowiadywał się o burzliwych losach Arsenjusza Lupina, i choć sam urzędownik, zawsze cieszy się, gdy ten złodziej wywiódł urząd w pole. Ale prócz tego czytywał też i inne książki, które czerpał tak z miejscowej bibljoteczki ufundowanej przez pewnego ideologa księgarza, jak też zbierał po domach, gdzie je pozostawili letnicy. Miał cześć dla pisanego słowa, nieświadomie rozkoszował się poezją rzeczy nieznanych. Nie wyjeżdżając z półwyspu nigdy dalej jak do Wejrowa, nie wiedział, jak świat wygląda, a przeto tworzył go sobie sam według własnego rozumienia, na podstawie