Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/149

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tego, co przeczytał i jak to zrozumiał.. Nie przesadzimy mówiąc, iż był to świat dziecka.
Prawdopodobnie ta właśnie wyobraźnia dziecinna młodego poczty sprawiła, iż pewnej chwili w wydarzeniach codziennych, nie zasługujących nawet na uwagę, zaczął się dopatrywać zjawisk nadzwyczajnych, jakby z innego świata, a które chwytały go za serce tak, że wkońcu uczyniły go szczęśliwym.
Było to tak:
Przy drodze, prowadzącej do małej wioski rybackiej między morzami, znajdowało się w lesie miejsce, zdawiendawna uznane za uroczysko. Miały się tu dziać dziwne, niesamowite historje. Z lasu wybiegały olbrzymie czarne psy, rzucały się na przechodniów i zatrzymywały ich, tak że się ruszyć nie mogli. Kiedy indziej zjawiały się widma, czasem znów niby ludzie, którzy jednak również zatrzymywali wędrowców, nie chcąc zejść im z drogi, lub też wciąż ją zabiegając. Któżby zresztą spamiętał, co o tem strasznem miejscu opowiadano! Dość, że uroczysko to nawet w dzień było straszne, a w nocy za żadne skarby świata nikt nie byłby się w ten las zapuścił.
Właśnie dlatego młody poczta wiele sobie po niem obiecywał. Ile razy do niego się zbliżał, zwalniał kroku i szedł cicho, jakby bojąc się zbudzić głośniejsze echo, a serce biło mu żywiej. Zdawało mu się, iż lada chwila ktoś