Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cy mówią, „krzywda“, ale list od syna okrętnika, czy od córki, służącej w Gdańsku. Dużo znajomych Maciej w szerokim świecie nie ma. A do drugiej izby zawoła przez uchylone drzwi: — Detki, Bernardzie! — A Bernard już sunie ku niemu z wyciągniętą po przekaz tatuowaną łapą i z rozpromienioną miną. Tam z dyskretnym uśmiechem, w milczeniu podaje dziewczynie kartkę od chłopca, który służy na polskim torpedowcu, gdzie indziej z jowjalnym żarcikiem doręcza zaproszenie na wesele. Wsunąwszy przez drzwi list w kopercie z czarną obwódką, szybko ucieka. Urzęduje tak z całym zapałem i zdaje mu się chwilami, że bez niego w tej wiosce nic nie mogłoby się stać, że on tu wnosi życie, budzi po chałupach śpiochów i wyprowadza ich na świat. W każdym razie prawdą jest, że przeważnie pozostawia za sobą twarze weselsze.
Obszedłszy tak całą wioskę i odebrawszy od sołtysa pocztę, odpoczywa kilka minut, a potem rusza w drogę powrotną. Spełniwszy obowiązek, nie myśli już o sprawach służbowych, lecz idąc wolniej, duma o swym losie.
Wszyscy wiedzą, że młody poczta jest zapalonym zwolennikiem książek, i wszyscy uważają to za jeszcze jeden objaw jego chorowitości, bo któż na półwyspie czyta? Do książek jegomość musiał ludzi przyzwyczajać.