Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nem morświnowym, bo fetor w sionce był tak nieznośny, że nawet rybacy, przywykli do nielada odorów, spluwali na prawo i na lewo, krzywiąc się boleśnie.
Z poza przeciwległych drzwi, wiodących do oberży, dolatywało ochrypłe szczekanie starego gramofonu. Mimo wczesnej pory w oberży było już sporo gości, popijających słaby, wodnisty konjak lub piwo gdańskie. Byli to kupcy lub wędzarnicy, oczekujący swej kolei na zamówiony telefon. Popijali, rozmawiając o szprotach i prizie na nie, starając się wzajemnie wywieść w pole. Z kuchni dolatywało pobrzękiwanie rondli i głośna rozmowa kobiet.
Poczta Przedarł się przez tłum ludzi i skrzynek i wyszedł na gościniec.

Był srodze zimny nord­‑ost, pędzący przed sobą skrzydłami ogromne chmury białych suchych krup śnieżnych. Na dachach budynków śniegu nie było, zato gościniec wyglądał, jakby przysypany konwaljami. Mogło być sześć rewin wiatru [1], nie więcej, briża dość silna, ale

  1. Żagiel barki rybackiej dzieli się na osiem części, zwanych rewinami, które zwija się stosownie do siły natężenia wiatru. Jeśli jest wiatr zwykły lub lekka tylko briża, żagla się nie zwija. Wtedy rybak mówi, że ma wiatru na żagiel. Jeśli briża jest silniejsza, zwija się dwie rewiny, i taki wiatr określa się, jako wiatr „na sześć rewin“. Rybacy z Kuźnicy, z Chałup i z Jastarni,