Strona:Jerzy Bandrowski - Sosenka z wydm.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



„Poczta.“

W małej izbie, w której mieścił się urząd pocztowy, cicho kłapał telegraf, snując w nieskończoność białe pasmo papieru, a tuż głośno umówionym żargonem w języku polskim i niemieckim krzyczeli do telefonu wędzarnicy. Na stole piętrzył się stos depesz i przekazów. Sezon szprotowy zaczął się na dobre. Wędzarnicy i handlarze ryb kręcili się jak opętani.
Gust Konka, młody „poczta“, jak na półwyspie nazywają listowego, włożył krótki brunatny płaszcz i takąż rogatywkę, przez ramię przewiesił ciężką czarną torbę z korespondencją i wyszedł, dyskretnie zamykając za sobą drzwi z małem okienkiem dla interesantów.
W małej sionce ledwo się mógł przecisnąć między stosami białych skrzynek ze szprotami. Przy stojącej w kącie pod oknem niskiej skrzyni, służącej za pulpit, na którym wypełniano formularze i przekazy, utworzył się ogonek. Któryś z rybaków, czekających na swą kolej, musiał mieć skorznie wysmarowane tra-