Strona:Jerzy Bandrowski - Siła serca.djvu/137

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie wiedząc, coby to być mogło, przyglądała się temu zjawisku zdziwiona, aż wtem dostrzegła bitwę. Żołnierze w hełmach stalowych szturmowali okopy, których wróg bronił gęstym ogniem artylerji. Trzaskały w powietrzu szrapnele, ryły ziemię granaty, a mali żołnierze, z błyskawiczną szybkością uwijając się wśród pocisków, szli wciąż naprzód, granatami ręcznemi zasypując nieprzyjacielskie okopy.
Kasia chwyciła szofera za rękę.
— Co się tam dzieje?
Roześmiał się.
— Nic. To je ćwiczenie. To sie uczy sturmowy baon! Te okopy są sztuczne, sami se je zbudowali. To odcinek pozycyj nieprzyjacielskich. Oficer sztabowy zrobił im plan ataku, a oni teraz atak ćwiczą.
— Ale przecie do nich strzelają.
— To nic. Oni zawsze tak, w ogniu działowym i z granatami. On ma tylko nóż i granaty i z tem idzie na nieprzyjaciela. Sami młodzi chłopcy. Granat ciśnie i zaroj za nim leci, nieprzyjaciel myśli, że on z granatu na niego z nożem wyskakuje. Najwięcy dlatego od własnych granatów strat mają. Ale cofania się żaden z nich niezna...
Po chwili okopy zostały daleko w tyle.
Jechali przez szeroką kotlinę, otoczoną dookoła górami. Na wielkiem błoniu, ciągnącem się po obu stronach drogi. leżał łańcuch tyraljerski. Nagle ten łańcuch się zerwał i rzucił się w stronę drogi i Kasia aż zmartwiała, tak straszny uderzył ją widok. Leciał ku niej łańcuch okropnych potworów z czarnemi twarzami, z jakiemiś pyskami