Strona:Jerzy Bandrowski - Siła serca.djvu/136

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— W „bazie“? Nie wiadoma rzecz. Na niego teraz, widzi pani, polują, i on w „bazie“ rzadko bywa.
— Jakto — polują?
— A zalał on im sadła za skórę, proszę pani, major Zaruta, szlag-by go trafił! Nastrącał im tylu lotników, że teraz to już na niego polują, jak na dzikiego zwierza. Czekają, gdzie się pokaże, a już tam wnet sześciu na niego leci. Więc Zaruta, widzi pani, do swojej „bazy“ nie wraca, bo wie — wyleci, to zaraz mrowie na niego pójdzie. On spada na inną „bazę“, a kiedy rój się zerwie i idzie na innych lotników, to on nagle z boku przychodzi, nie wiadomo skąd... Ale może być, że do bazy“ dziś wróci... W „bazie“ bywa!... Ino że on ją nie jedną ma, tę „bazę“...
Jechali długo podgórskiemi okolicami, z daleka objeżdżając zalesione pasmo czarnych gór, wywałowanych mgłą i kurzących jakby jakimś dymem. Okolica była nudna, z rzadka ożywiona wioskami, żółta, gliniasta droga wyboista, nierówna. Samochód trząsł tak, że nie tylko o spaniu ale nawet o rozmowie nie można było marzyć!
Jechali już parę godzin. Tylko w rzadkich chwilach, gdy „kamion“ czasem bardzo zwalniał a nawet dla nierówności gruntu przystawał, słychać było oddalony grzmot dział; zresztą przygłuszał wszystko turkot samochodu. A naraz grzmot ten dał się słyszeć bardzo wyraźnie, co więcej, Kasia, patrząc w stronę, skąd huk ten dochodził, ujrzała, jak w powietrzu ni stąd ni z owąd zaczęły się rodzić i pstrzyć białe dymki, zrazu jakby gwałtownie przez coś wyrzucone, potem układające się w pasma, powoli falujące.