Strona:Jerzy Bandrowski - Siła serca.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Siostra! No to pani złaź, bo jedziem. Bo tam na trzecią mom być!
Podała mu małą walizkę, ale w żaden sposób nie mogła się odważyć na to, żeby skoczyć z wagonu.
— Pani nie zwyczajna jeszcze? — wyszczerzył szofer białe zęby. — Chodź-że panna!
Wziął ją wielkiemi rękami wpół i mężnie postawił na ziemi.
— Panienko, panienko! — odezwały się głosy z wagonu — kłaniaj się panienka bratu! Ostatnim razem mało że nam parę śliwek nie spuścił złodziej, nieprzyjacielski aeroplan, na baterię... Ale go ładnie zesadził... A kaszę — by z nas ten złodziej zrobił...
— Majorowi Zarucie cześć!
Z wagonu wysunąła się do niej wielka, czarna łapa. Kasia położyła swą rączkę na tem powtórnem „odnóżu przedniem.“ Lekko jej rękę to „odnóże“ uścisnęło, a jego właściciel mówił:
— Lotniki są fajne chłopy! Powiedz to panna bratu! To mówiem ja — od dalekonośnych! Cześć, panienko, z Bogiem.
Szczęknął pociąg łańcuchami i buforami i ruszył, wioząc na platformach ogromne, zielone potwory.
— Daleko oni mi zajadą! — mówił szofer — Pięć do sześciu kilometrów, a tam zaczną walić. To już jedźmy! Tylko że się pani wytrzęsie, bo droga straszna.
— A jak pan sądzi, nie zastanę ja przypadkiem brata w „bazie“?