Strona:Jerzy Bandrowski - Bajki ucieszne.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Jak to słońce, zachwyty rodząc i nadzieje.
Dysputowano długo, rzecz prosta, daremnie.
Tu pan jeden powstanie: Panowie, zaś we mnie
Kobieta ma do śmierci zawziętego wroga.
Tę prawdę głoszę, gdzie tylko ma noga
Stąpnie i twierdzę, że o zrozumieniu
Swych obowiązków my temu stworzeniu
Napróźno wiecznie prawdy kładziem w uszy.
Już ona głowy ni chwili nie suszy
Nad tem, co zrobić trzeba, co wypada.
Grzech jej ponętnym, zaś najsłodszą zdrada.
Miałem ich dosyć! Dziś już się nie trudzę!
Miałem kochanki jak i żony cudze,
Brałem i panny niewinne w objęcia
I prawdę mówiąc nabrałem pojęcia
Należytego o miłości, cnocie —
Fałszywe, zdradne pokolenie kocie,
Tak kokota, jak dama, panna, czy mężatka...
Tu ktoś przerwał: — Przepraszam a jak pańska matka?


POETA I LAMPA.

Młody pewien poeta, gdy w nocy do domu
Wracał, z swych młodych tęsknot nie mając się komu
Zwierzyć, na oknie stawiał lampę zapaloną,

18