Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Przyszedłeś, panie? — powiedział po prostu.
Istotnie, jeśli odczuwał w tej chwili zdziwienie, to jedynie z tego względu, że żadnego zdziwienia nie doznał.
— Jak widzisz — rzekł Torquemada. — Przecież ci powiedziałem, że każdy człowiek jest równocześnie panem i sługą swego losu.
— Mnie to, panie, mówiłeś? — zdziwił się Diego. — Kiedy?
— Już nie pamiętasz?
Diego podniósł dłoń do czoła.
— Tak, coś sobie przypominam. I dlatego przyszedłeś? Nie rozumiem cię, panie. Nie jesteś mną, mój los nie jest twoim.
— Tak sądzisz, mój synu? Czyżbyś się zatem pomylił mówiąc, że znasz mnie bardzo dawno?
— Nie, panie, nie pomyliłem się. Istotnie znam cię, od kiedy sięgam pamięcią.
— A więc?
— Ale nie jesteś mną. Kiedy ujrzałem cię po raz pierwszy, tak, teraz to sobie przypominam, właśnie dlatego wydało mi się, że znam cię od dawna, ponieważ nie byłeś mną. Ty jesteś moim przeciwieństwem i zaprzeczeniem.
— Powiedzmy. Czy jednak mnie, którego nazywasz swoim przeciwieństwem i zaprzeczeniem, nie znasz dokładniej i lepiej niż samego siebie? Milczysz? Więc się zgadzasz?
— O nie, panie! Milczenie nie zawsze wyraża zgodę. Zamilkłem, ponieważ nie mogłem zaprzeczyć, iż znam cię dobrze.
— A siebie? Czy siebie lepiej znasz niż mnie? Wiesz o sobie wszystko?
— Któż wie o sobie wszystko?