Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tylko tyle?
— To jest wszystko.
— Wszystko? Wszystko zawsze znaczy najmniej. Jestem sobą czyniąc jedno i jestem również sobą czyniąc rzecz całkiem przeciwną. Czy strach też ma sumienie?
— Diego, prawda nawet fałszowana i gnębiona nie przestaje być prawdą.
— Ach, tak! — powiedział Diego. — Bądź zdrów.

Zasnął natychmiast i tak mocno, że gdy się pod wieczór ocknął wśród szarej godziny — nie mógł się zorientować, czy jest to wciąż jeszcze półmrok świtu, czy już pora zmierzchu. Przez chwilę leżał bez ruchu, odurzony tępym znużeniem, i nim się zdążył z tego zamroczenia rozbudzić, usnął z powrotem, prawie natychmiast odnajdując wśród głębokiego snu niesłychanie ostrą i naglącą świadomość, że nie śpi i nie jest w celi sam. Nie otworzył jednak oczu. Wiedział, że to, co się ma stać — stać się musi, wolał wszakże tę nieuniknioną, choć jeszcze niewiadomą konieczność odsunąć o parę chwil obronnego skupienia. „Nie wolno mi się bać“ — pomyślał, lecz równocześnie czuł, że strach jak gdyby czekał tylko na nazwanie i wywołanie, przyśpiesza mu bicie serca i na skronie i na wargi kładzie przenikliwy chłód. „Nie, nie, tylko nie to!“ — powiedział na głos i otworzył oczy.
Pośrodku celi stał padre Torquemada. Było ciemno, lecz noc za oknem wydawała się nieomal jasna, jak gdyby objęta poświatą ogromnego pożaru. „Skąd to światło?“ — pomyślał. Nigdy jeszcze nie widział jasności równie zimnej i martwej.
Podniósł się.