Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/42

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


samotnego rozmyślania.“ Tutaj więc czekałem na ciebie, Diego. Bardzo długo czekałem.
Diego podniósł głowę.
— Po co?
— Bałem się o ciebie. Dlaczego chcesz siebie zgubić? Co to znaczy, że modliłeś się z nim razem?
— Nic — rzekł Diego patrząc w mrok pod nisko sklepionymi arkadami.
— Nic?
— Chciałem go zabić, a potem powtarzałem za nim: „Ojcze Nasz.“
Fray Mateo drgnął.
— Diego, coś ze sobą zrobił? Czemu dobrowolnie wydajesz się w ręce nieprzyjaciela?
Diego wzruszył ramionami.
— Nie wiem. O cóż właściwie chodzi? I tak nie ma ocalenia. Można oszaleć albo dobrowolnie siebie zniszczyć. To wszystko.
— Bóg jest jeszcze!
Diego cofnął rękę.
— Żegnaj, Mateo. Jestem zmęczony, chcę spać, requiescere in pace, jak mi to zalecił czcigodny ojciec.
— Diego!
Zatrzymał się u wejścia do klasztoru.
— Czego chcesz?
— Kochałem cię za piękno twego sumienia jak nikogo na świecie.
— Czemu mówisz: kochałem?
— Diego, cokolwiek się stanie, błagam cię, zachowaj swoje sumienie.
— Cóż to znaczy?
— Co?
— Sumienie.
— Bądź sobą.