Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/41

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Wracaj, mój synu, do siebie. Świtać będzie niebawem, czeka cię, jak sądzę, niełatwy dzień.
— Oby był początkiem ostatniego! — zawołał Diego.
Na to rzekł Torquemada:
— Każdy człowiek jest panem i równocześnie sługą swego losu. Idź już requiescere in pace w swojej celi, dopóki nie otrzymasz od przełożonych nowych poleceń.

Noc istotnie się kończyła i kiedy fray Diego przechodził klasztornym dziedzińcem — na niebie już rozjaśnionym od wschodu niebieskawą poświatą gwiazdy poczęły przygasać. Mglista szarość przedranna leżała w powietrzu i chłód tej ostatniej nocnej godziny był szczególnie przenikliwy.
W cieniu krużganka stał człowiek. Diego zatrzymał się, potem podszedł bliżej.
— To ty, Mateo?
— Ja — rzekł tamten. — Skąd wracasz? Byłeś w kościele?
— Tak.
— Boże wielki! Widziałeś go?
— O kim myślisz? Widziałem diabła.
— Diego!
— Zwyciężył mnie tym razem. Modliłem się z nim.
Fray Mateo chwycił go za rękę.
— Diego, mój mały Diego. Obudziłem się w nocy, poszedłem do twojej celi, była pusta. Potem na korytarzu zagrodził mi drogę młody rycerz, jeden z jego domowników. Spytał mnie: „Gdzie idziecie, wielebny bracie?“ Powiedziałem: „Do kościoła.“ Dotknął wtedy mego ramienia i powiedział: „Jest noc, wielebny bracie, nie zakłócajcie naszemu czcigodnemu ojcu chwil