Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Więc może o mnie wiesz wszystko?
Diego się zawahał.
— Tak, panie — powiedział wreszcie twardo. — O tobie wiem wszystko.
I od razu zdał sobie sprawę, że to wyznanie rozminęło się z celem, przeszło obok starego człowieka.
— Gdzież więc granica pomiędzy tobą i mną? — spytał Torquemada. — Czy nie jest to granica pozorów stworzona przez ciebie?
— A więc jednak przeze mnie!
Torquemada zdawał się nie dostrzec tryumfalnego akcentu w głosie Diega.
— Jeśli mnie nie będącego tobą lepiej znasz niż siebie, to może nie jesteś sobą w takim sensie, jak sądzisz. Może twojej naturze właściwe jest to przede wszystkim, co znasz dokładnie i wszechstronnie, nie zaś to, co sam oceniasz jako niejasne i mgliste. Cóż według ciebie znaczy być sobą?
— Być — odpowiedział Diego bez wahania.
— A może: wiedzieć? Czy możesz istnieć dzięki nieświadomości, świadomość pozbawiając istnienia? Co o twoim przeznaczeniu decyduje: istnienie czy świadomość?
— Wiem — zawołał Diego — chcesz zabić moją świadomość.
Torquemada uśmiechnął się wyrozumiale.
— Przeciwnie.
— Chcesz, żeby była twoją.
— Przysuń mi krzesło, mój synu — powiedział Torquemada.
Diego uczynił to, po czym stanął przed siedzącym nie dalej niż na wyciągnięcie ramienia.
— Chcesz mi zabrać moją świadomość — powtórzył.