Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nie wiem, milczałem. Co mam teraz uczynić, ojcze?
— Od jak dawna należysz do moich domowników?
— W październiku minie rok, ojcze.
— Znasz zarządzenia Świętej Inkwizycji?
— Tak, ojcze.
— A zatem?
Don Rodrigo milczał.
— Tak, ojcze — powiedział wreszcie ochrypłym głosem — uczynię to.
Padre Torquemada położył dłoń na jego ramieniu.
— Wiem, co cię dręczy, mój synu. Myślisz, że zdradzasz przyjaciela.
— Ojcze, mój ojcze!
— Przeciwnie, przyczyniasz się do ratowania jego zabłąkanej duszy. Czyż nie popełniłbyś zdrady wówczas, gdybyś chciał prawdę zataić i pozostawić grzesznika sam na sam z jego grzechami? Czyż nie jesteśmy po to, aby błądzącym pomagać? Pomożemy panu de Hojeda i panu de Santangel. Pomożemy dzięki tobie.
Nagły blask wdzięczności ogarnął udręczoną twarz don Rodriga.
— Ojcze, ciężki kamień zdjąłeś mi z serca. Czy swoje oświadczenie mam złożyć Trybunałowi podpisane?
Padre Torquemada mocniej oparł dłoń o jego ramię.
— Don Rodrigo, pomyśl, czy musiałbyś się podpisywać pod słowami: oddycham, chodzę, jem, śpię?
— Przecież to prawda.
— A twoje zeznanie czymże będzie, jeśli nie prawdą?
— O tak, mój ojcze! — zawołał don Rodrigo. — Prawda musi zwyciężyć.
— I zwycięży — rzekł czcigodny ojciec. — Chwilę