Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/32

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jeszcze, mój synu. Nie zapomnij zaznaczyć w swoim zeznaniu, że pan de Hojeda pochwalał zbrodnię dokonaną na osobie wielebnego Pedra d’Arbuez.
Don Rodrigo zawahał się.
— Ojcze czcigodny, o ile mnie pamięć nie myli, don Manuel nie mówił nic podobnego.
— Jesteś tego pewien? Czyż nie wspomniałeś, że zarówno pan de Hojeda, jak i jego dowódca utrzymują przyjacielskie stosunki z ludźmi pochodzenia żydowskiego?
— Tak, ojcze.
— A więc?
Don Rodrigo milczał.
— Jak długo trwała wasza rozmowa?
— Przeszło godzinę, ojcze.
— I mógłbyś przysiąc, że w ciągu tego czasu ani razu nie wspomniano o wypadkach w Saragossie? Nie możesz na to przysiąc? A zatem dopuszczasz możliwość, że o tej potwornej zbrodni była mowa? Przypomnij sobie, być może ze względów aż nadto zrozumiałych pan de Hojeda nie mówił o niej wprost, może się wyrażał w sposób aluzyjny, tym niemniej świadczący, że ów świętokradczy czyn pochwala?
— Ojcze czcigodny, być może zawodzi mnie pamięć, lecz doprawdy nie przypominam sobie...
Padre Torquemada spojrzał na niego przenikliwie.
— Don Rodrigo, pamiętaj, że kiedy chodzi o obronę wiary, prawdziwemu chrześcijaninowi nie wolno się zatrzymywać w pół drogi. Czy mógłbyś z ręką na krzyżu i w obliczu Boga zaświadczyć, że pan Manuel de Hojeda nie żywi w swoim sercu występnej sympatii dla morderców wielebnego ojca d’Arbuez?
— Nie, ojcze — szepnął don Rodrigo — nie mógłbym tego uczynić.