Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


końca po paru stopniach w dół podniósł pochodnię, aby oświetlić niskie, głęboko w kościelnym murze ukryte drzwi.
— Wracaj, mój synu — powiedział padre Torquemada. — Trafię z powrotem sam.
— Ojcze mój! — rzekł don Rodrigo.
Torquemada zatrzymał się.
— Wybacz, czcigodny ojcze, niewłaściwą porę, gnębi mnie jedna rzecz. Ojcze, pan Manuel de Hojeda jest moim dawnym przyjacielem, jeszcze z dzieciństwa. Dziś spędziłem z nim wieczór.
— Sam?
— Było kilku jego przyjaciół. Manuel wypił dużo wina i, wybacz ojcze, mówił rzeczy obrażające Świętą Inkwizycję oraz ciebie, ojcze, osobiście.
Padre Torquemada milczał. Don Rodrigo stał pobladły, z pochodnią wysoko wzniesioną.
— Mówił również, że pan de Santangel, w którego imieniu witał cię, cieszy się jak najlepszym zdrowiem. Poza tym obaj, jakkolwiek należą do starych hiszpańskich rodzin, utrzymują przyjazne stosunki z ludźmi pochodzenia żydowskiego...
— To wszystko?
— Tak, ojcze.
— Czy w sposób obrażający wiarę mówili i inni obecni?
— Manuel mówił najwięcej.
— A ty?
Don Rodrigo pochylił głowę.
— Zabierałeś głos?
— Nie, milczałem.
— Zbrakło ci odwagi, aby bronić wiary przed bluźniercą, czy też może chciałeś się dowiedzieć, jak daleko bluźnierstwo sięga?