Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Lorenzo de Montesa.
— Gubernator Murcji, don Fernando, to twój krewny?
— Ojciec. Mój starszy brat służy królowi, ojciec pragnął, abym ja służył Świętej Inkwizycji.
— Było to pragnienie tylko twego ojca?
— Moje także.
— I sądzisz, don Lorenzo, że dobrze zaczynasz służbę?
— Uczono mnie, aby służyć ze wszystkich sił.
— Prawdzie się służy nie według sił, lecz ponad nie.
— O tak, ojcze!
— Zamelduj zatem, mój synu, jutro z samego rana swemu dowódcy, że zasnąłeś na służbie.
— Tak, ojcze, uczynię to.
— Poproś pana de Sigura, aby wyznaczył ci odpowiednią karę.
— Tak, ojcze.
— Jesteś bardzo młody, ucz się pokonywać słabość.
Don Lorenzo stał wyprostowany, z podniesioną głową i oczyma błyszczącymi żarliwym oddaniem.
— Tak, czcigodny ojcze, będę to czynić.
— Chodźmy! — zwrócił się Torquemada do don Rodriga.
Wewnętrzne przejście do kościoła prowadziło przez klasztorny dziedziniec. Na dworze było pogodnie, chłodno, lecz bezwietrznie, i cisza uśpionego miasta rozpościerała się dokoła. Poblask pełni oświetlał tylko skrawek dziedzińca, natomiast w jego głębi trwała noc i tam wśród ciemności, ciemniejszy wszakże od nich, wznosił swoją ciężką, kamienną ścianę surowy masyw bocznej nawy San Domingo.
Don Rodrigo minął dziedziniec i zszedłszy u jego