Strona:Jerzy Andrzejewski - Ciemności kryją ziemię.djvu/28

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Torquemada prawie na głos. Chwilę klęczał, po czym nagłym ruchem, jakby zrzucał z ramion brzemię znużenia, podniósł się i podszedł do drzwi.
Jeden z domowników czuwających przy celi, ujrzawszy czcigodnego ojca Wielkiego Inkwizytora, zerwał się z kamiennej ławy, drugi spał z głową pochyloną na piersi, plecami wsparty o mur.
— Ty jesteś don Rodrigo de Castro? — spytał padre Torquemada.
— Tak, ojcze.
— Wiesz, którędy się idzie do kościoła?
— Wiem, ojcze.
— Wskaż mi zatem drogę. Poczekaj! Obudź wpierw swego towarzysza.
Don Rodrigo pochylił się nad śpiącym i szarpnął go za ramię.
— Lorenzo!
Tamten sennym i dziecinnym jeszcze ruchem odgarnął z czoła jasne włosy, lecz gdy otworzył oczy — natychmiast oprzytomniał i stanął na nogi.
— Czemu spałeś? — rzekł półgłosem padre Torquemada.
— Wybacz, czcigodny ojcze, znużenie mnie zmorzyło.
— Znużenie? Znużenie należy przezwyciężać, a nie ulegać mu.
— Wiem, ojcze.
— Wiesz?
— Uczono mnie tego od dziecka.
— Nie znam cię jeszcze, mój synu. Musisz chyba od niedawna należeć do moich domowników.
— Tak, ojcze, to moja pierwsza służba.
— Nazywasz się?