Strona:Janusz Korczak - Sam na sam z Bogiem.djvu/71

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Nad mojem jednem pytaniem stu tępych profesorów ślęczy żywot cały. W różowe uszka słodkie ślę: dobranoc tysiącom dziewcząt, chłopakom. Smaruję maścią wszystkie psy parszywe. Tarmoszącą się przeszłość za kark wywlekam i jawię. I z pistoletu w przyszłość strzelam jak w asa. I słońce piję, oczu nie mrużąc. I tak mi się coś zdaje, żeś naraz nas stworzył i psotnie oś ziemi pochylił, żeś był wtedy nieco wstawiony: artysty nie tworzy się na trzeźwo. A ich tych tam arcy-świąteczne jedyne sny — toć nasz chleb powszedni.
Bo jeśli nie lubię, tylko tych co trzeźwi; jeśli się boję, tych ponoć, co dążą i wiedzą, czego chcą.
Moje chwile — wszystko podrzutki i dzieci nieślubne — bez opieki i ładu — tańczą na linie, łykają pochodnie.
Ściągnę gruszę z cudzego sadu; występek nie groźny — nie uciekam, a lekko odfruwam; zawsze się w porę pijany obudzę, z kałuży biały wyliżę, i Bóg się na mnie nie gniewa, — pobłaża.