Strona:Janusz Korczak - Sam na sam z Bogiem.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Wszystko kocham swawolnie — radośnie — bez troski.
Kutym na cztery nogi, naiwny jak dziewczyna, gdy wierzy. Przyglądam się sobie z uśmiechem lub spiorę, a mocno. — Drobniusie paciorki zbieram, szeroko otworzę oczy, powiem do latarni ulicznej: „ty jedna rozumna i piękna“. Co dzień coś nowego dostrzegam, na co od lat patrzę, — zdumiony nagle, że pies ma ogon, że tramwaj sam jedzie, brzoza korę ma białą.
Biednaś ty, boża krówko, gdy cię oko boli, biedne jest każde, każde, każde ziemskie życie.
Urodziłem się Stwórco pięć wieków spóźniony, o lat pięćset zawcześnie. Dlatego tak wesoły i smutny: że żyję, że już żyć skończyłem, żem nie zaczął jeszcze.
Ty i Ja — Stwórco — nikt więcej. — A Ja — to My, — My wszyscy. — My — Twego Sejmu bluźniercza lewica i Twego Tronu, Domine canes. — My tęcze jesiennej szarugi, wśród Twoich synów pomylone twory, — my śnieg lipcowy — maki czerwone lodowców, my —