Strona:Janusz Korczak - Dzieci ulicy.djvu/123

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

niego jakaś pani i dała mu czterdziestówkę, potem oficer dał mu pół rubla, potem jeszcze kilku golców „się ulitowało“ i dało po dysce, potem jakiś pan zaczął z nim rozmawiać, pytał, gdzie mieszka, Józiek dał mu adres „na Pacanów“. Ten pan zapisał sobie adres, dał mu trzy ruble, kazał kupić buty, a sam przyrzekł, że przyjdzie sprawdzić, czy kupił sobie buty naprawdę.
— Mówię ci, taki „śmiszny“. Mało się nie rozbeczał, taki ci okropnie „sercowy“. Cóż ty, pyta, nie masz starych jakich butów, że na mróz boso chodzisz?
— A mam, proszę pana.
— A dlaczego nie włożysz ich?
— Bo mi macocha schowała.
— A dlaczego macocha schowała?
— Bo chciałem do ojca iść do szpitala.
— A to zła ta twoja macocha?
— E, dobra, proszę pana, tylko biedna, proszę pana, to jej, proszę pana, z głodu takie „szprynce“ do głowy przychodzą.
Antek słuchał, ale się nie śmiał z dowcipu towarzysza.
— Powiadam ci — ciągnął Józiek — nagadał mi za swoje trzy ruble, ile wlazło. Żebym ojca i macochę kochał, żebym się dobrze prowadził, że będzie ze mnie porządny człowiek. Jakbym bez butów nie mógł być porządny, albo jakby w butach wcale złodzieje nie chodzili... A ja bałem się, że mnie do ula zagarną, więc słucham i rozglądam się tylko. A potem buty na nogi, i do domu. Taki ci był bzik ze mną.