Strona:Janusz Korczak - Dzieci ulicy.djvu/124

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Wziął harmonję, zagrał kilka tonów i zaśpiewał.

Jestem sobie andrusina mały,
I wylazłem za szperandą na stare Bednary...

— No, a co twój malarz?
— Puściłem go.
— Bo co?
— Bom go puścił i już.
— Et, bzik jesteś.
— Tak mi się podoba i już.
I ktoby mógł pomyśleć że stary stróż nocny, uosobienie skupionej w sobie siły moralnej, przed którą złodziejaszkowie uchylali głowy, może mieć wnuka, cynicznego Jóźka Bzika, i że ten zepsuty, skazany na stracenie, Józiek, może raz w życiu być bohaterem, może zdobyć się na czyn taki...
Lecz po co wyprzedzać fakty?




VIII.
Bohater.

Zatknięta w szyjkę butelki świeca dopalała się. Bronek — kelner leżał na łóżku i rozprawiał, a lubił mówić wiele, gdy był pijany. Na drugiem łóżku spoczywał kucharz. Na sienniku, na ziemi, leżeli Antek i Józiek.
— Widzicie, chłopcy, takie życie, jak wy teraz żyjecie, to mówię wam, jest na nic — prawił Bronek. —