Strona:Janusz Korczak - Dzieci ulicy.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

kiemi oczami, cicha, lękliwa, wyszła, kaszląc, z izby przez drzwi otwarte.
— Ja nijak nie mogłam wymiarkować — ciągnęła Marcinowa — co on chce. Bo żeby to Jędrek był bardzo ładny, a to inna rzecz. Ale cóż to takie zdechlakowate, mizerne... Dopiero, jak on mi powiada: „Tak i tak, Antek powiedział, że on się chce uczyć, a wy go bijecie“, tak dopiero coś nie coś zmiarkowałam. I myślałem, że to od policji, że to takie wyszło prawo, że nie wolno bić za uczenie, albo co. No, to dopiero mi zaczął tłomaczyć, że nie o mnie chodzi, tylko o Jędrka. Ja myślałam jeszcze, że on się tak zlitował nademną, bom go całowała i po rękach i po nogach. Nakoniec on się rozgniewał, bo mu ciągle przeszkadzałam mówić. Dopiero potem wytłomaczył, że chce Jędrka wyuczyć. Wolałabym do rzemiosła go oddać, ale co tam. Niech sobie już będzie, jak chce. Byle jedna gęba mniej.
Z głębi izby, z pod schodów, rozległ się płacz.
— Ot, widzisz, Antek, co to jest. Oj! Jezu, Jezu — i znikła w kłębach pary.
— No, a co on wam jeszcze mówił? — zapytał Antek. Chciał on wiedzieć, bardzo chciał wiedzieć, co też ten pan hrabia mówił.
— A dużo gadał, a bo ja tam pamiętam. Coś ci mówił, że jak Jędrek wróci, to będzie pracował nie tylko na rodziców, to niby na mnie i Marcina, ale na wszystkich.
— I co jeszcze?