Strona:Janusz Korczak - Dzieci ulicy.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— A bo ja tam wiem? Gadał i gadał, a ja w końcu nawet nie wiem, czy Jędrka tu kiedy przyśle czy co z nim chce robić. A bałam się pytać. Chyba tam dobrze będzie Jędrkowi: takie palto miał ładne ten pan. Dobre chyba jakieś panisko, tylko trochę gapowate jakby.
Wszedł Marcin, przyniósł wódkę, przepił do Antka, kieliszek poszedł w koło, i rozmowa weselsza się stała...
Antek wyszedł. Czuł zawrót głowy od tej wilgoci i trzech kieliszków wódki. Chłodne powietrze orzeźwiło go.
Pozostało mu kilka godzin do wieczora. Nie szczęściło mu się dzisiaj. Od malarza nie wziął pieniędzy, do miasta za „zarobkiem“ nie poszedł, teraz czuł głód, i coś go nieznośnie męczyło.
Przypomniał sobie o pozostawionym u Wojciecha na Pradze kuferku. Jak mógł tak długo nie odebrać go?
Leniwym krokiem przeszedł całą długość Powiśla, most i część Pragi.
Był głodny. U Wojciecha nakarmiono go.
W kufrze znalazł ubranie, bieliznę i pięć książek. Jedna z nich: „Pan Tadeusz“ Mickiewicza, dalej „Ogniem i mieczem“ w trzech tomach, i piąta książka — powieść, której nagłówka zapewne nie znacie, czytelnicy.
Antek podarował dzieciom Wojciecha kilka koszul, za co dzieci ucałowały, z rozkazu rodziców, jego rękę. Chłopiec czuł, że przyjemnie to, gdy jest się całowa-