Strona:Janusz Korczak - Dzieci ulicy.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Marcinowa błogosławieństwami powitała Antka, gdy go poznała w mgle pary, która wydobywała się z balji z gorącą wodą.
— Oj, Antku, Antku, żeby ci Pan Jezus dał zdrowie, żeś ty nam Jędrka z karku zdjął.
— Więc był ten pan, wziął Jędrka? — zapytał Antek.
— Oj, był i wziął i dwadzieścia pięć rubli dał staremu. Oj, stary wziął i kupił sobie zegarek. Oj, nie warjat to, zegarek sobie kupować? — prawiła płaczliwym głosem Marcinowa.
— I wziął Jędrka ze wszystkiem?
— Oj, ze wszystkiem. A co gadał, co gadał. „Wy, powiada, źleście robili, żeście się chłopcu uczyć nie dali, żeście go bili.“ Oj, jaki on, mój Antku, głupi. Jakże ja nie miałam Jędrka bić, kiedy mi się precz plątał pod nogami i nudził o książkę i o kajety? Co innego pańskie dziecko, wiadoma rzecz, że musi się na książce uczyć, ale co mój Jędrek z nauką zrobi, co? Powiadam ci, z początku tom się okropnie zlękła, bo nie wiedziałam, co to jest. A jak zaczął gadać, to mi, powiadam ci, tak serce dygotało, że strach... Wacka! ej Wacka! Gdzieś tam wlazła? Chodź tu, kiedy wołam.
Z mgły pary, z kąta pod schodami, wysunęła się dziewczynka.
— Idź do ojca, powiedz, że Antek przyszedł. Niech wódki przyniesie. Prędzej, słyszysz?
Wacka w wilgotnej od pary sukienczynie, z kroplami wody na czole i skroniach, z wyblakłemi niebies-