Strona:Janusz Korczak - Dzieci ulicy.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— Wstydziłbyś się, taki duży chłopak.
Antek poczuł, że krew mu uderza do głowy, odczuł zniewagę, jaką mu wyrządzono, przeczuciem raczej zrozumiał, że ten człowiek mniej, niż każdy inny, miał prawo moralizować go i tłomaczyć, co dla niego, Antka, jest wstydem, hańbą, co zaletą, obowiązkiem.
— To pan niech się wstydzi, że pan umie czytać — rzekł Antek, zrywając się z siedzenia.
— Siedź spokojnie, czegoś się zerwał?
— Bo nie chcę panu pozować.
Antek zrzucił ze siebie ubranie malarza, włożył swoje spodnie podarte i kurtkę, i nim artysta zdążył się opamiętać, Antka już w pokoju nie było.
— A jemu co się znów stało?
Antek biegł nad Wisłę. Czuł, że musi pożalić się przed kimś, że musi komuś się wypowiedzieć, bo go dusiło coś w piersi, darło się na kawały.
— Dureń, osioł! — powtarzał przez zaciśnięte zęby.
Chłopiec w tornistrze z książkami szedł przez ulicę, i Antek go potrącił. Uczeń rzucił za nim słowo: „Andrus“. Dlaczego Antek nie „zamalował“ go, dlaczego biegł coraz prędzej, dlaczego zatrzymał się nad rzeką, rzucił na belki i płakać począł?
Wybuchł w nim bunt na to, co go otaczało, co widział, słyszał, w czem żył. Gniew wstrząsał jego wątłą piersią, gniew, który objawiał się łkaniem i przekleństwami.