Strona:Janusz Korczak - Dzieci ulicy.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

I ujrzał Antek wśród łez znaną mu postać, usłyszał głos łagodny, który nazywał go nie „Antek“ ale miękko, śpiewnie „Antoś“. I przestał chłopiec płakać, patrzał na Wisłę szeroką, śniegiem jeszcze przypruszoną, na słoneczne iskry, które grały w kryształach, i cały w patrzeniu zatonął.
— At, bzik — pomyślał nagle.
Wstał i szedł ku domowi.
Czuł się samotny i bardzo nieszczęśliwy.
W pokoju nie było nikogo. Trzy łóżka brudne, podłoga, zarzucona pustemi butelkami i niedopałkami papierosów, na stole talerze ze skrzepłem mięsiwem. Dwa psy skowytem go powitały.
Chłopiec położył się na łóżku, zapalił papieros i w obłokach dymu, który leniwie unosił się ku górze, widział inny pokoik, widział Mańkę w czystej sukience z gładko zaczesanemi włosami.
I Antek przypomniał sobie Jędrka. Zbudziła się w nim gwałtowna ciekawość: czy ten hrabia wziął Jędrka do siebie?
Wstał z łóżka i powlókł się wolnym krokiem w stronę mieszkania Jędrkowego ojca.
Marcin był stróżem na Czerniakowskiej. Zajmował on z siedmiorgiem dzieci komórkę pod schodami. W lecie część rodziny sypiała na dworzu, w zimie tylko Marcinowa spała w bramie, na tapczanie. Kiedyś mąż Marcin w bramie sypiał, ale jak mu raz ból wszedł w kości, powykręcało mu nogi i ręce, że dwa miesiące jęczał w szpitalu, to doktór już nie pozwolił mu na chłodzie nocy spędzać.