Strona:Janusz Korczak - Dzieci ulicy.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Pan malarz był bardzo znany i bardzo utalentowany, a że twarz Antka doskonale się nadawała do obrazu, jaki zamierzał stworzyć, więc dał mu swą kartę wizytową, i nazajutrz Antek znalazł się w jego pracowni.
Czterdzieści kopiejek za godzinę pobierał Antek — model, Antek — typ; a Antek — dziecko przyglądał się podczas tej godziny obrazom pana malarza. A obrazy w pracowni młodego artysty, szukającego nowych dróg w sztuce, bywają różnej treści, a towarzysze jego prowadzą różne rozmowy, malarz sam także rozmawia ze swoim modelem, z „piramidalnym“ chłopcem, który „wygaduje takie komiczne rzeczy, że ze śmiechu się można pokładać“.
— Powiadam wam, że z tego smyka będzie albo wielki szubrawiec, albo wielki człowiek.
I artysta niczego nie zaniedbał, by zrobić z Antka właśnie wielkiego szubrawca. Czynił to prawie nieświadomie, by się rozerwać, by się pośmiać; wyciągał go na słowa i półsłówka, a potem opowiadał w gronie towarzyszów. I chłopiec, nie wiedząc nic o tem, bywał często bohaterem rozmów, prowadzonych w „artystycznej“ knajpce.
I dziwić się tu, że malarz stał wyżej ponad duszę dziecka ulicy, że nie chciał widzieć w niem człowieka, a widział model tylko.
Dwa tygodnie trwały rozmowy i praca, gdy „licho skusiło“ artystę, że zapytał, czy Antek umie czytać.
— Nie umiem — odpowiedział chłopiec.