Strona:Janusz Korczak - Dzieci ulicy.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

I Józiek został sierotą zupełnym. Na Czerniakowskiej inny stróż nocny wystukiwał swą laską, facyatę zajęła inna rodzina, a Józiek znalazł przytułek na krypie „suchego Felka“. Ale niedługo tam gościł. Jemu nie mieszkanie potrzebne było, a miasto całe. Sześcioletni chłopiec nie znosił opieki, nie znosił więzów. Ot, wiele mu było potrzeba? Kawałek miejsca, gdzie się prześpi, wszędzie znajdzie, a o jedzenie nie bardzo się frasował. Brakowało mu tylko harmonii, i w zdobyciu cennego instrumentu los Jóźkowi dopomógł.
Wybierali się złodzieje na „grandę“. Granda to poważniejsza wyprawa złodziejska. „Nadaj“, szperacz, znalazł mieszkanie, którego rozkład znał dokładnie. Parter, oficyna, więc wstęp łatwy, państwo wyjechali na jakiś ślub, dom przechodni, na strychu jest doskonałe schowanko, a na dach można się dostać łatwo, trzeba tylko wykroić kawał blachy, która i tak z jednej strony się oderwała. Robi tam ślusarz — Ignac. Trzeba wziąć jeszcze jednego „klawisznika“ i „fratra“. Fratrem w języku złodziejskim nazywa się chłopiec mały, którego można wpuścić przez lufcik do mieszkania.
Nawinął się Józiek, zgoda stanęła. Józiek za pomoc miał dostać harmonję.

„Granda“ się udała. Przylepiono kawałek papieru ze smołą do szyby, wykruszono szkło przy zasuwce, Józiek wszedł do mieszkania, otworzył drzwi frontowe, podług umowy, „wytyś“[1] przeprowadził go na strych,

  1. Złodziej, stojący na straży.