Strona:Janusz Korczak - Dzieci ulicy.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

wał się, pochwycił czapkę, umknął — i przez dwa dni dziadek nie mógł go znaleźć.
Został z ochrony wydalony! Ale tem serdeczniej przywiązał się do Wisły. Ta rzeka wielka śpiewała mu jakąś pieśń, której nie zastąpi mu piszczenie gromady dzieci, ta rzeka szepce mu takie bajki, których nie równać z opowiadanemi monotonnym głosem powiastkami, ta rzeka daje mu takie obrazy, których barwy milej grają, niż niezdarne, opstrzone przez muchy obrazki do nauki poglądowej. Ta rzeka jest jego rzeką, on może wejść w wodę po kolana, może w nią rzucać kamyki, a do tej pani ochrony ani przystąp, a uśmiech ma tylko wówczas na ustach, gdy ktoś odwiedza szkołę, jakaś pani w koronkowej sukni...
Kogo winić należy, że ochroniarka, obarczona własnemi dziećmi, z niewielką pensją, nie umiała rywalizować z Wisłą, nie umiała Jóźkowi dać więcej, niż dawała mu rzeka i ulica? Natura — to wielka mistrzyni, a dusza „dziecka natury i życia“ — to wielka dusza, zawiła, złożona, więc tylko ludzie wyjątkowi mogą z urokiem natury się zmierzyć i duszę jej dziecięcia przywiązać do siebie. Umiał uczynić to Pestalozzi w Szwajcarji, Frebel w Niemczech, pani Carpantier w Paryżu i tak niewielu innych, że ze smutkiem w historję tych pojedyńczych usiłowań się patrzy.
Sześć lat miał Józiek, gdy stracił dziadka. Zastał go Józiek raz nad wieczorem nieżywego.
Wielki był pogrzeb nie ceną karawanu lub trumny, lecz ilościązwestchnień i modlitw, które duszy starca towarzyszyły w drodze na Sąd Boży.