Strona:Janusz Korczak - Dzieci ulicy.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

„pająk“[1] podsadził go na dach, ztamtąd spuścił na parkan i Józiek puścił się pędem w stronę Wisły na umówione miejsce.
Granda się udała, bo ich nie spłoszono, ale się i nie udała, bo połów był dość marny: w biurku kilkanaście rubli zaledwie, w kredensie trochę srebra, na wieszadle futro, jeszcze jakieś dwa mało cenne pierścionki — nie było się czem dzielić. Ale Józiek, że dobrze się sprawił, dostał „na zachętę“ tak pożądaną harmonję.
Gdyby teraz chciał ktoś oderwać Jóźka od ulicy, miałby do zwalczenia jeszcze dwie wielkie siły, które go skuwały z tem życiem ulicznem: pociąg do przygód ciekawych podczas ciemnej nocy, gdy „łysy nie kapuje“, wywijanie się „skiełom“, „śledziom“, i „burym,“ do tej solidarności, która każe cierpieć, a nie wydać, i miałby do zwalczenia to uczucie, które go z harmonją jego łączyło.
Dlaczego go „Bzikiem“ nazwano? Bo sam on wyrazu tego często używał. Na pozór stosował swego „bzika“ niezbyt fortunnie, ale gdyby kto pomyślał trochę, przekonałby się, że wyraz ów magiczne miał dla Jóźka znaczenie.

Gdy smutek go ogarniał, gdy jakieś myśli dręczące plątać mu się w głowie poczynały, gdy echo wspomnień niedawnych niosły Jóźkowi jego modlitwy, które za dziadkiem powtarzał, gdy, kto wie, może głos

  1. Specjalista od wykradania bielizny ze strychów.