Strona:Janusz Korczak - Bankructwo małego Dżeka.djvu/163

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Co, ja, — jaką szybę? Kto panu powiedział, że ja? Sanders może zaświadczyć: akurat z nim stałem i rozmawiałem.
Jeszcze się wtedy przyjaźnili z Sandersem. Ale do współki go nie wzięli, bo biedny. Ale przez Sandersa wymanili od Pennella 80 centów.
Nigdy, ale to nigdy nawet na myśl nie przyszło Dżekowi, że Czarli jest taki. Już teraz Dżek woli nawet Doris, niż jego.
Bo Doris właściwie co? Trochę plociuch i trochę lizuch. Jak tamta pani pozwalała się jej rozporządzać, no to naprawdę trudno z nią było wytrzymać. Ale teraz. Żeby chociaż taką beksą nie była... Ale Czarli — zupełnie co innego...
Jednem słowem, pani pozwoliła. Wiec Dżek chodził po sklepach i pytał się o łyżwy i futball. Chodził po sklepach i o to samo pytał się uproszony Harry. Chodził Lindley, chodził Fisk i Tower i Gaston i Ward. Chodzili pojedynczo i po dwoje. Jeden się lepiej znał na skórze, drugi na pompce, trzeci na pęcherzu, czwarty na łyżwach.
Okoliczni kupcy pierwszego dnia chętnie rozmawiali z chłopcami, drugiego dnia zaczęli się dziwić, że tylu ogląda, a żaden nie kupuje. A trzeciego dnia wszystkich przegonili.
— A macie pieniądze?
— Mamy, owszem. Tylko w domu.
— No to przynieście z domu pieniądze i wtedy przyjdźcie, to wam pokażę. I gromadami proszę nie przychodzić. I proszę nogi wycierać, bo mi cały sklep błocicie. I drzwi zamykać.