Strona:Janusz Korczak - Bankructwo małego Dżeka.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Ledwo się troszkę uspokoiło, znów Adams usiadł koło Czarli, a Sidney nie chce. Znów kłótnia, znów hałas.
— Dżems, opowiedz nam bajkę, — nagle zawołał Fil, ale takim płaczącym tonem, że nie można się nie śmiać.
— Fil, wyjdź w tej chwili z klasy, — mówi Dżek, już tak rozłoszczony, że łzy ma w oczach.
Fil wychodzi. Cisza. Nagle staje przy drzwiach i zaczyna:
— Dżek, druhu mój miły. Mnie wypędzasz, mnie, któryby życie za ciebie poświęcił? O, niewdzięczniku, patrz: serce mi pękło z bólu.
I przewraca się koło drzwi, niby że umarł.
Ale już klasa ma naprawdę dosyć.
— Fil, przestań.
— Już dosyć.
— Wszystko pani powiem.
— Chodźmy do domu.
— Jak jakie szczeniaki.
Teraz już się naprawdę uspokoiło. Każdy usiadł na miejscu.
— Cztery dolary i 60 centów. Jeszcze są winni 54 centy i nie oddają. Horton nic bez pieniędzy nie daje.
— Bo Hortona i tak wyrzucili.
Nieprawda: Hortona nie wyrzucili, ale siódmy oddział jest z niego niezadowolony. Bo jeżeli w trzecim oddziele Dżek Fulton tyle zrobił w ciągu trzech miesięcy, to przecież siódmy oddział przez rok mógł więcej zrobić.