Strona:Janusz Korczak - Bankructwo małego Dżeka.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wych zeszytów i stalówek, ma cztery dolary i sześćdziesiąt centów, więc Dżek nie wie, co chcą, żeby kupić.
— Sznapsa — woła Fil. — Dla każdego funt kadryla i pączki, bo teraz karnawał.
Głupi taki, że nie wiem. Zaczynają się śmiać i kłócić, ile kto może zjeść kiełbasy.
— Załóż się, — wrzeszczy Fil na cały głos — że sam jeden zjem dwadzieścia serdelków.
— Co to za posiedzenie!
— Zobaczycie, że przyjdzie kierownik, jak będziecie hałasowali.
A kierownik akurat ma lekcję w sąsiedniej klasie.
Dwoje stoi przy tablicy i maże.
— Idźcie na miejsce, — prosi Dżek.
— A co będziemy szli? Niech się naprzód uspokoją, to pójdziemy.
Zaczynają się przesiadać z jednej ławki na drugą.
Jedne ławki puste, a na drugich pchają się po czworo, kłócą się i robią sery (to znaczy spychają).
— Zobaczycie, atrament wylejecie.
No i rozumie się, wyleli.
— No, już dosyć, — woła Iim. — Niech każdy siądzie na swoje miejsce.
— Posiedzenie, to nie lekcja. Każdy może siedzieć, gdzie chce, — mówi Adams.
— Ale tylko po dwoje.
— A po troje nie pozwolisz? Tak cieplej.